Odświeżeni, wspięli się po kamieniach i zostawili rzekę poza sobą. Wdrapywalli się na zbocze z rzadka tylko odzywając się, aby nie tracić na próżno oddechu. Było już południe, gdy dotarli na szczyt skarpy i ujrzeli przed sobą równinę podobną do tej, którą Elryk przeszedł pierwszego dnia. Melnibonéanin mógł teraz dość dobrze wyobrazić sobie całą wyspę: przypominała ona szczyt góry przeciętej pośrodku doliną, Elryka znów uderzył brak jakiejkolwiek widocznej formy życia i podzielił się tym spostrzeżeniem ze Smiorganem. Wyspiarz potwierdził, że on także od momentu przybycia na wyspę nie widział żywego stworzenia: ani ptaka, ani ryby, ani innego zwierza. To jałowy, mały świat, Elryku, i nieszczęściem dla marynarza jest rozbić się u jego brzegów. Szli dalej, aż w końcu, na dalekim horyzoncie ujrzeli morze. Elryk jako pierwszy usłyszał dobiegający zza ich pleców odgłos. Przypominał on równomierny tętent kopyt, lecz gdy Melnibonéanin zerknął do tyłu, nie zobaczył ani śladu jeźdźca. Nie domyślał się też, gdzie ten mógłby się skryć. Doszedł więc do wniosku, że w zmęczeniu jego uszy słyszą nie istniejące dźwięki.

(Reklama: )
